Jak zadbać o odporność wiosną — produkty z Biedronki, które pomagają
Szczerze mówiąc, ja na wiosnę zawsze łapię jakieś paskudztwo. W zeszłym roku dopadło mnie tak mocno, że przez dwa tygodnie chodziłam z chusteczką w ręku, nosem cieknącym jak kran i oczami spuchnięymi od kichania. Pamiętam jak dziś — była niedziela, zrobiłam sobie herbatę z miodem, siadam na kanapie, a tu bum, gardło jak tarka. Pomyślałam wtedy, że tym razem muszę coś z tym w końcu zrobić, bo tak dalej być nie może. Postanowiłam lepiej przygotować się na przyszłość i pomóc odporności wiosną tak, żeby nie przepłacać w aptece za każdy syrop i witaminkę. I wiecie co? Większość rzeczy, które naprawdę mi pomogły, znalazłam w zwykłej Biedronce za rogiem mojego bloku.
Dlaczego wiosną spada nam odporność?
Nie wiem jak wy, ale ja zawsze myślałam, że wiosną powinnam czuć się lepiej. No bo robi się cieplej, słońce świeci, ptaszki ćwierkają i tak dalej. A tu proszę — okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie, i to ma sens, jak się nad tym chwilę zastanowić. Po zimie mamy totalnie zmęczony organizm, mało słońca w ciągu ostatnich miesięcy, niedobory witamin i te wieczne skoki temperatur, które potrafią człowieka rozłożyć na łopatki w ciągu jednego popołudnia. Mój lekarz powiedział mi kiedyś przy jakiejś wizycie, że wiosenne przeziębienia są gorsze niż te jesienne, bo ludzie już się zbyt szybko rozluźniają, zdejmują szaliki, chodzą bez czapki i potem płaczą. Coś w tym jest, naprawdę.
Co tak naprawdę osłabia nasz układ odpornościowy?
Stres, kiepski sen, brak ruchu i fatalna dieta. Powiem wam jedno — sama przez całą zimę jadłam głównie pierogi, kanapki z serem i pizzę z mrożonki. Żadnych warzyw, zero owoców, nic zielonego. Nic dziwnego, że potem moje ciało krzyczało o pomoc najgłośniej jak umiało. Odporność to nie jest coś, co włączamy i wyłączamy jak światło w łazience. Budujemy ją codziennie, powoli, tym co wkładamy do garnka i do buzi. A jak budujemy ją z kanapek i chipsów, to wynik bywa dramatyczny.
Produkty z Biedronki, które wrzucam do koszyka
Robiąc listę przed zakupami, kierowałam się prostą zasadą: tanio, zdrowo i bez kosmicznych cen. Oto co regularnie biorę, żeby podbić odporność wiosenną:
- Kiszona kapusta — cudo dla jelit, a jelita to nasza tarcza. Kosztuje grosze, a ma więcej witaminy C niż niejeden cytrus z zagranicy.
- Czosnek — babcia zawsze mówiła, że pomaga na wszystko i miała absolutną rację. Dwa ząbki dziennie do obiadu i jest zajebiście, tylko potem nikt nie chce ze mną rozmawiać.
- Kefir naturalny — probiotyki za dwa złote. Piję rano zamiast kawy, a czasem razem z kawą, nie oceniajcie mnie.
- Miód wielokwiatowy — łyżka do herbaty zamiast cukru. Działa jak mała tarcza, a smakuje o niebo lepiej.
- Imbir świeży — w dziale warzyw, tani jak barszcz. Kawałek do herbaty, plasterek cytrynki i gotowe.
A co z witaminami w tabletkach?
Tu się zastanawiam, szczerze. Z jednej strony są wygodne, z drugiej drogie jak cholera. Jak już kupuję, to celuję w witaminę D3, bo wiadomo — zimą słońca nie było. Resztę staram się dostarczać z jedzenia, bo tak po prostu taniej i zdrowiej. Znajoma farmaceutka powiedziała mi kiedyś, że suplementacja bez badań to jak strzelanie w ciemno do tarczy, więc nie szarżuję i nie wydaje kasy na pudełka, które potem leżą mi w szufladzie.
Moje wiosenne rytuały, które nic nie kosztują
Produkty to jedno, ale sama żywność nie załatwi sprawy, jeśli w ogóle się nie ruszamy z kanapy. U mnie odporność wiosną to też spacer codziennie, nawet jak pada deszcz ze śniegiem i wiatr wyrywa parasolkę. Dwadzieścia minut na świeżym powietrzu robi robotę. A to, że wracam mokra — trudno, mam ręcznik w domu. Dodatkowo staram się wietrzyć mieszkanie rano i wieczorem, otwieram wszystkie okna na pięć minut, bo w zamkniętym pomieszczeniu hodujemy sobie prawdziwe laboratorium bakterii i roztoczy. To też część tego wiosennego pakietu.
Jak długo budować odporność, żeby było widać efekty?
Cierpliwość to nie moja mocna strona, absolutnie, ale tu trzeba dać sobie ze trzy tygodnie minimum. Pierwsze efekty zauważyłam po jakichś dziesięciu dniach — mniej się męczyłam po pracy, spałam lepiej, mniej się rzucałam w łóżku. Po miesiącu zapomniałam, że w ogóle miałam katar i że wcześniej nie mogłam się dobudzić. Oczywiście każdy jest inny, organizm reaguje inaczej, ale moim zdaniem warto spróbować.
Ja się trzymam tej listy od trzech miesięcy i na razie żadnej choroby. Moe mam szczęście, a może ta kiszona kapusta naprawdę dizała cuda. Spróbujcie sami i dajcie znać.