Zakupy w outletach stacjonarnych — co warto kupić, a co nie?
Mój pierwszy raz w outlecie. Rok 2019, wiosna, pojechałam do Sosnowca z mamą. Szukałyśmy butów na komunię bratanka i nawet nie wiedziałyśmy, gdzie to Designer Outlet jest dokładnie. Wróciłam wtedy z dwoma parami Geoxów, torebką Puma i kompletem pościeli, który do dziś mam w szafie. Mama śmiała się, że zwariowałam, ale rachunek pokazał, że zaoszczędziłyśmy razem blisko 400 zł. I od tamtego dnia zaczęła się moja przygoda z outletami, która trwa już siódmy rok.
Ale zaraz, nie będę wam tu opowiadać bajek, że w outletach jest tanio i szkoda czasu na normalne sklepy. Przyznam że zmarnowałam w outletach też sporo kasy. Pamiętam jedną kurtkę zimową za 240 zł, która po trzech praniach w pralce wyglądała jak szmata. Dlatego wiem dokładnie, co warto brać w outlecie, a przed czym uciekać na pięte. I dzisiaj podzielę się tą wiedzą z wami.
Co wpakować do koszyka w outlecie bez wahania?
Pierwsze i najważniejsze — skórzane buty markowe. Ecco, Clarks, Geox, Rieker, czasem Timberland. W outlecie schodzą na 40-50 procent ceny regularnej, a jakość jest identyczna. Mam w szafie pary, które chodzą ze mną już pięć lat i wyglądają jak z pudełka. Buty to najlepsza inwestycja w outlecie, bo model sprzed sezonu jest tak samo dobry jak najnowszy, a nikt poza wariatami z instagrama nie zauważy, że to kolekcja z ubiegłego roku.
Drugie miejsce u mnie zajmuje pościel i ręczniki. Komplety satynowe Home&You schodzą z 200 zł na 70 zł, ręczniki bambusowe z Turcji po 18 zł za sztukę zamiast 45 zł. Kupuje co dwa lata po jednym zestawie i mam uzbierane takie zapasy, że mogłabym otworzyć mini-hotel. Zresztą pościel w outlecie to zwykle nadwyżki produkcyjne, nie zwroty, więc jakość jest identyczna z pełnocenowym sklepem.
A co z garnkami i rzeczami do kuchni?
Tu właśnie. Garnki, patelnie, miski, sztućce marek takich jak WMF, Fiskars, Tefal, Zwilling — absolutnie biorę. Moja ostatnia zdobycz to patelnia indukcyjna Zwilling za 110 zł, w sklepie kosztowała 220 zł. Używam jej codziennie od ośmiu miesięcy i naprawdę nic jej nie jest. Garnek ze stali nierdzewnej WMF kosztował mnie 135 zł, a w MediaExpert był za 260 zł. Nikt na świecie nie sprawdzi, że ten garnek jest z kolekcji sprzed sezonu, bo stal nierdzewna nie ma sezonów.
Rzeczy dla dzieci to też mocny punkt outletów. Moja siostra ma dwóch synów w wieku 4 i 6 lat i kupuje wszystko dla nich wyłącznie w Coccodrillo outlet. Mówi, że oszczędza miesięcznie około 200 zł, a jej chłopcy są ubrani nie gorzej niż dzieci koleżanek, które wydają po 800 zł na kolekcję z salonu. Ubranka dziecięce w outlecie są często nieużywane, bo dzieciaki po prostu wyrosły z nich zanim rodzice zdążyli je sprzedać albo sklep nie zdołał sprzedać z nowej kolekcji.
Czego absolutnie nie tykaj w outletach?
Teraz ta część, za którą zapłaciłam bolesne lekcje własnym portfelem. Numer jeden — kurtki zimowe i odzież techniczna. Serio. Mam jedną zasadę, jaką wprowadziłam po tamtej nieszczęsnej kurtce z 2021 roku — w outlecie kurtek nie kupuję. Bo wiele marek produkuje specjalne wersje outletowe, tańsze materiały, słabsze wypełnienie, gorsze szwy. Wyglądają jak normalne, ale rozpadają się po sezonie. Sprawdzałam to z koleżanką, która pracuje w logistyce jednej marki i potwierdziła, że to faktycznie odbywa się na masową skalę.
Drugą kategorią, której unikam jak ognia, są elektronika i małe AGD. Ekspres do kawy, blender, żelazko, toster z outletu. Nie, nie i jeszcze raz nie. Tam leżą zwykle modele z ekspozycji, pogięte, porysowane, bez oryginalnego pudełka, z brakującymi instrukcjami, a gwarancja albo krótsza niż standardowa, albo już się kończy. Moja znajoma kupiła ekspres za 250 zł taniej i zepsuł się po czterech miesiącach. Serwis rozłożył ręce, bo okazało się że to model sprzed trzech lat i części do niego już nie ma.
Dlaczego marki produkują specjalnie dla outletów?
Bo to się po prostu opłaca. Marki widzą, że ludzie rzucają się na każde słowo outlet jakby to było magiczne zaklęcie, więc robią tańsze wersje swoich produktów, inaczej szyte, z innych materiałów, ale z tą samą metką i tym samym logo. Poznasz je po kodzie produktu, który zwykle ma dopisek outlet albo specjalny prefiks na metce. Ja teraz zawsze sprawdzam kod w google przed zakupem. Wchodzę, wpisuję i patrzę, czy ten sam model figuruje w sklepie regularnym. Jeśli tak i cena jest podobna, to wiem że to zwykła wyprzedaż sprzed sezonu. A jeśli w ogóle nie istnieje nigdzie indziej — to outletowa produkcja i raczej odpuszczam.
Moje sprawdzone zasady, których się trzymam
Pierwsza i absolutnie najważniejsza — idę do outletu z listą. Bez listy jestem jak dziecko w cukierni, kupuję wszystko co błyszczy. Z listą mam konkretny plan — potrzebuję nowe botki na jesień, komplet pościeli do pokoju gościnnego i patelnię do smażenia naleśników. I to kupuje, reszta mnie nie obchodzi. Druga zasada — każdą rzecz oglądam pięć razy, zanim włożę do koszyka. Szwy, zamki, guziki, podeszwa, metki. Wadliwe egzemplarze w outletach też się zdarzają i nikt ci nie wynagrodzi straconego dnia za zwrot.
A po trzecie, nie wierzę cenom wyjściowym. Widzicie metkę z napisem cena detaliczna 599, cena outletowa 199? Nie wierzcie temu. Wyciągam telefon, wpisuję nazwę produktu w google i sprawdzam, ile faktycznie kosztuje w sklepie internetowym tej marki. Czasem okazuje się, że cena regularna to nie 599 tylko 320 i rzekomy rabat 70 procent jest rabatem 35 procent. Niby dalej taniej, ale zupełnie inna skala sprawy. I jeszcze jedna rzecz — nie idźcie do outletu zmęczone albo głodne, bo wtedy kupicie wszystko, łącznie z rzeczami, które potem odłożycie do piwnicy na trzy lata.